Gdy nadszedł czas rozliczenia z rodzicielem,
które trzymane w głowie mojej
od przynajmniej 365 obrotów globu
spokoju mi nie dawało
z powodu nipokoju duszy mojej rodzicielki,
która w większości bezwinna takiej sytuacji,
pozostawiło we mnie uczucie niefinalizacji.
Jakobym zapomniał o czymś na tyle ważnym
co miało tę sprawę korzeniami swemi
w nieba kierunku postawić.
Mimo wszystko nadzieja krąży w graniastym kole
nadając sprawie ciepłe kolory.
Nadzieja na kolejne 14 obrotów globusa
ruszanego ręką niewiadomą…
Marność daje pseudo-spontaniczne sponiewieranie umysłowe polskiej nieinteligencji.
Raczej stres i obłuda krąży nad głowami naszemi,
przez większość wszakże niedostrzegana.
Więcej różnorakość zakresu pracy przyjemności daje
i choć szczyptę pozornego spełnienia zostawia po sobie. Drogą taką zamierzam podążać.
Drogi takiej zamierzam doglądać.
By mi i mej Róży szczęście doczesne zapewnić.
Moja Róża
nigdy wcześniej przez wiatry południa nie sponiewierana, rozchyliła swoje krasne płatki
by je potem zakryć
i chęcią i nadzieją mą głowę po brzegi wypełnić
w niedoczekaniu.
Czekać warto, ale ile?
Czekać warto, lecz aż tyle?
Zastępstwa szukać nie mam zamiaru,
lecz ile ma głowa ma jeszcze umiaru…?